
Drugi dylemat przed którym staję brzmi: gonić czy uciekać? Rzecz dotyczy rozłożenia sił.
Jeden z kolegów tuż przed startem w maratonie powiedział mi: ja tam gonię pókim mam siły, aby być jak najbliżej mety kiedy zacznę cierpieć. Jemu to jakoś służyło, ale ja nie polecam. Zwłaszcza w maratonie. Pamiętam mój pierwszy półmaraton. To było w Warszawie. Wszyscy mnie przestrzegali: nie zaczynaj za szybko. Słuchałem, słuchałem … i dałem się „ponieść” chwili. Startowało się wtedy spod kościoła św. Anny w kierunku Starego Miasta i potem w dół do Wisłostrady. Zacząłem nawet ostrożnie, ale na zbiegu poczułem, że frunę. W pewnym momencie wyprzedziłem jakiegoś starszego pana. Biegł a właściwie tuptał takim drobnym ściegiem. Ja miałem wtedy długi krok. Międzyczasy jak na moje możliwości były bardzo dobre. Do 8-ego kilometra. Nagle poczułem, że nie biegnie mi się swobodnie. Jeszcze dwa kilometry i dogoniła mnie dziewczyna, z którą według wstępnego planu miałem biec równym tempem. „Chyba trochę przesadziłeś” powiedziała mi i oddaliła się jak duch. Gdzieś na 12-tym kilometrze usłyszałem za sobą zbliżające się tuptanie. Po chwili przemknął koło mnie ów staruszek, zaskakująco żwawy. Pamiętam, że posuwałem się patrząc w asfalt bo wydawało mi się, że z niego tylko mogę jeszcze czerpać energię. Co było dalej.. zamilczę.
Oczywiście na krótszych dystansach zdarzało mi się czasem stosować z powodzeniem taktykę „uciekać”, ale zdecydowanie wolę taktykę „gonić”. Zaczyna się wolno, nawet jakby za wolno. Ale za to po dwóch, trzech kilometrach można zacząć pościg. Jest w człowieku, może nie w każdym, ale we mnie jest taki mechanizm psychologiczny, że kiedy ja wyprzedzam przybywa mi sił, kiedy jestem wyprzedzany te siły gdzieś odpływają.
Trzeci dylemat: osobno czy w grupie.
Towarzystwo ważna rzecz. Przed startem można wymienić poglądy, po starcie przez jakiś czas można zapomnieć o wysiłku. Oczywiście do pewnego momentu. Często podczas maratonu dołączam się do grupy biegnącej na określony czas. Na początku jest wesoło i gwarno. Zauważyłem jednak, że gdzieś tak od połowy głosy milkną. Zupełnie jakby poszczególni członkowie tej społeczności wyłączali się i zatapiali we własnym rytmie, potem we własnym cierpieniu. Bo w maratonie ono prędzej czy później nas dopada. Parę razy zdarzyło mi się biec samotnie. Pogrążałem się w medytacji własnego organizmu. Aż tu nagle właśnie wtedy, gdy zaczynał się kryzys pojawiał się ktoś. Pół biedy jak gadał sam. To można było jakoś znieść choć w pewnej fazie zmęczenia nawet słuchanie jest wysiłkiem. Gorzej jak ten ktoś oczekiwał konwersacji a więc mojej odpowiedzi. Dlatego najbardziej cenię towarzyszy powściągliwych w mowie. I jeszcze jedno. Kobiety, które uchodzą na ogół za gadatliwe na trasie biegowej są o wiele oszczędniejsze w słowach od mężczyzn. No i samą obecnością dopingują, aby dotrzymać im kroku. Reasumując: w grupie dobrze być na początku i za metą. Poza tym „samotność długodystansowca”.
Pozdrawiam i do zobaczenia na trasach!
Przemek Babiarz























